Aby korzystać z zawartości forum należy się zarejestrować TUTAJ
Ten aplet jest widoczny tylko dla niezarejestrowanych użytkowników! :-)
Rejestrując się na forum uzyskujesz m.in. rabaty na cygara u forumowych partnerów (sklepy cygarowe). Zapraszamy!

Cigar Aficionado
autologowanie:
Witaj na forum Cigar Aficionado! Aby uzyskać pełny dostęp zaloguj się lub zarejestruj.


Poprzedni temat «» Następny temat

Tagi tematu: aficionados, wczasywakacje

Wczasy/wakacje Aficionados :)
Autor Wiadomość
El Comandante
Ekspert Aficionado
Administrator



Zaproszone osoby: 1
Obecności na FOSCA: 11
Wiek: 37
Dołączył: 14 Gru 2006
Posty: 2578
Otrzymał 182 piw(a)
Wysłany: Pon 12 Lip, 2010   Wczasy/wakacje Aficionados :)

Widzę, że coś czaicie się z tematem, ale nie ma komu go założyć.
Panowie, opisujcie gdzie spędziliście urlopy/wakacje :) Opisujcie miejsca,co tam porabialiście, może zwiedzaliście, jakie cygara wypaliliście itp itd, zdjęcia mile widziane :) Ja jeszcze nic nie napiszę, bo jeszcze nie wyjechałem;)


:winko:
_________________
::::::::: CYGARA FAQ - obowiązkowa pozycja dla początkujących i nie tylko;) :::::::::::

::::::::: Dodawanie zdjęć na forum :::::::::::

 
 
Highlander71
Ekspert Aficionado
The Thirsty Traveler



Obecności na FOSCA: 9
Wiek: 47
Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 1323
Otrzymał 289 piw(a)
Skąd: Leszczyny, Polska
Wysłany: Pon 12 Lip, 2010   

Temat ten od dawna chciałem założyć ale jakoś nie wyszło ... wiem że dużo podróżujecie a nikt nic o tym nie pisze.
Dla mnie podróże to fantastyczna sprawa a jakem strzelec na dupie usiedzieć nie umie:)


KRYNICA MORSKA


W tym roku tam właśnie się dotarłem - dlaczego tam? Cóż staram się zwiedzać miejsca ze względu m.in. na ich położenie. Miasto to nabyło prawa miejskie w 1991 roku choć sama osada istnieje już kilka setek lat ( wzmianki o Kahlbergu z XV w.) Krynica Morska jest ostatnią gminą na terenie naszego kraju a leży na samym końcu Mierzei Wiślanej, otoczona jest od południa zalewem a od północy Bałtykiem. Same miasto nie budziło mojego zachwytu, stargany, smażalnie, restauracje, domy wczasowe itp itd. ot zwykłe nadmorskie miasteczko.
Można wspomnieć iż KM posiada też molo lecz od strony zalewu gdzie znajduje się keja żeglarska wraz z przystanią żeglugi śródlądowej.



jak widać to nie takie molo jak w Sopocie :)

Miasto uderza ogromem ludzi błąkających się pomiędzy straganami z chińszczyzną ( bynajmniej nie tą do jedzenia) a przydrożnymi kafejkami gdzie królują tandetne piwa (nazwy przemilczę żeby nikogo nie urazić )

Mieszkałem w nowo oddanych domkach kempingowych na samym początku Krynicy. Zatem do "centrum" miałem spory (ok.30 minut spacerem) kawałek drogi. Może ktoś powie że do bani ale ja wielce cenię sobie unikanie tłumów na plaży,tandetnej muzyki od rana i karaoke od 17.00 na piasku. "Nasza" plaza choć brudna (to co morze wyrzuciło) było o klasę lepsze niż puszki , potrzaskane butelki i inne śmiecie na plażach centralnych z ratownikiem. Choć raz skusiliśmy się ale była to porażka , pomijając fakt iż nie było gdzie się rozłożyć przy wodzie to z kąpielą był już kompletny problem.

Nasza plaża tylko na weekend przybierała na ilości plażowiczów ale bez przesady.



Jak widać od zachodu cisza i pustka od wschodu w głębi kłębowisko spragnionych desperados i karaoke. Zdjęcia robione popołudniu lecz rano wyglądało identycznie.


W Krynicy Morskiej znajduje się tez ostatnia w Polsce w kierunku na wschód latarnia morska o zasięgu 18 Mm. Wejście na górę warte polecenia (unikać wchodzenia w upalne dni , gdyż "sauna" na górze jest na prawdę tylko dla wytrzymałych) Widok jaki roztacza się przed nami jest fantastyczny. Od południa wyżyna elbląska , od wschodu i zachodu mierzeja wiślana a od północy Bałtyk. Podobno przy dobrych "wiatrach" widać Hel. Ile w tym prawdy jest nie wiem - ja niestety go nie zobaczyłem.



a widok roztaczał się taki :








Kierując się z latarni na wschód trafimy (ok 9 km) do wsi Piaski - niewielkiej osady rybackiej z portem po stronie zalewu.



Dlaczego warto tam się wybrać? bo to ostatnia plaża w Polsce. 2 km za Piaskami znajduje się granica państwa a co za tym idzie granica NATO.

Plaża w Piaskach nie jest zbyt imponująca to i tak przyciąga sporą ilość turystów.



A tam Rosja



Kolejną ciekawostką Krynicy są błąkające się po całym mieście dziki jak bezpańskie pieski



Jednak uciekając od zgiełku miasteczka by w spokoju wypalić cygaro wracamy na plażę i magicznych zachodów słońca



Nie będę opisywał klubów, lokali itp gdyż z racji podróżowania z dziećmi takich miejsc nie odwiedzamy.
Gdzie jeść - jak zwykle kierowałem się instynktem i ilością ludzi w danej knajpce i tak trafiłem do jadłodajni " U Borsuka" knajpka wyrwana żywcem z 80 lat ubiegłego wieku z wielkim plusem. Jest to jedyne miejsce w KM które znalazłem z piwem z browaru KORMORAN opisanego w wątku o piwach.
Parkowanie samochodem polecam na ulicy , większość jest zaopatrzona w parkomaty i za 15 zł możemy stać cały dzień w przeciwieństwie do parkingów przy molo.

Kolejnym obowiązkowym punktem pobytu w Krynicy jest rejs statkiem po Zalewie Wiślanym, bądź po samym zalewie lub (lepsza opcja) wybrać się na zwiedzanie miasta w którym żył i tworzył Mikołaj Kopernik - a inaczej mówiąc najbardzoiej znanego miasta na "F" - Frombork.

Rejs trwa 1,5 godziny w jedną strone. I tak jest zorganizowany iż na samo zwiedzanie Fromborka mamy ok 3 godzin czasu. Polecam zakupic wcześniej przewodnik po mieście żeby nie błądzić i skoncentrowac sie na najwazniejszych zabytkach.


Wzgórze klasztorne widoczne jest już ze sporej odległości. Wejście znajduje się od południa. I jest naprawdę imponujące



Co zwiedzać we Fromborku? Wszystko co się da - Wieża Kopernika, dzwonnicę z Wahadłem Foucaulta o którym pisał w swojej książce U.ECO i tarasem widokowym , katedrę , muzeum Kopernika, szpital św. ducha, wieżę ciśnień , planetarium - nam niestety nie udało się wszystkiego zwiedzić :(

TU trochę informacji

Po wejściu do muzeum stwierdziłem że dobrym szlakiem się poruszam , podsumowując sławnym tekstem ze Seksmisji: "Nasi tu byli"






Widok na port z Dzwonnicy



Czas jednak powrócić z wycieczki by w pięknych okolicznościach przyrody co nieco zalapić



Ostatnim obowiązkowym punktem do zwiedzania będąc w tych rejonach jest zwiedzanie największej góry cegieł w Europie a mianowicie pięknego średniowiecznego zamku w Malborku. Który znajduje się godzinkę jazdy od Krynicy.

Samego zamku nie będę opisywał bo to trzeba zobaczyć. InformacjeTU i tylko w expresowym tempie:
Parking od strony KM przed rzeką - opłata za do 6 godzin stała , mostem przez Nogat i jesteśmy na dziedzińcu. Bilet w kasie (przewodnik w cenie) i 3 godziny zwiedzania. Choć byłem w Malborku kilka razy przejazdem to na zamku bylem pierwszy raz. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy o których w szkole milczano (ale to lata świetlne temu) może teraz inaczej uczą ?



Tak w tym roku spędziłem 2 tygodnie na które pracowałem cały rok . Nie znalazłem miejsc (jak w przypadku Jastrzębiej Góry) w których palenie cygar jest rzeczą normalną.
Dlatego większość cygar wypaliłem na plaży - zresztą uwielbiam takie klimaty.

Czy komuś te informację się przydadzą - nie wiem lecz zachęcam do podróżowania po naszym pięknym kraju.


Pozdrawiam


Highlander71
_________________
Pozdrawiam - Highlander71

  
 
 
toilettroll
Początkujący Aficionado



Obecności na FOSCA: 3
Wiek: 32
Dołączył: 18 Sie 2009
Posty: 417
Otrzymał 15 piw(a)
Skąd: Mysłowice
Wysłany: Śro 04 Sie, 2010   

Cztery tysiące sto trzydzieści kilometrów wspomnień to naprawdę dużo, szczególnie, gdy każda godzina podróży musi być wywalczona.



Wakacje to idealna pora do poszerzania swych horyzontów, poznawania ludzi i często też obalania mitów i stereotypów. Jako, że nigdy nie byłem zatwardziałym fanatykiem wakacji na leżaku, a opalanie było fatalne w skutkach co naturalny RTG w Czarnobylu- postanowiłem po raz kolejny ruszyć swe ogromne dupsko gdzieś w świat.

Już w styczniu tego roku została zebrana ekipa, która postanowiła na nowo poznać Rumunię. O kraju wiedzieliśmy tyle, że jest jedynym który wyprzedzamy w unijnych rankingach dobrobytu i również jest w „szengen”. Reszta informacji bazowała na wrażeniach rodziny która miała okazję zwiedzić Rumunię jeszcze za czasów pana Cz. Wrażenia te nie były najlepsze. Podbudowani obrazami niewypowiedzianej biedy- jeszcze bardziej się zawzięliśmy się na wyjazd.


Opracowana przez kolegę trasa przecinała pięć państw: Czechy, Słowację,Węgry, Rumunię i Polskę. Nasza skromna karawana złożona z dwóch aut rozpoczęła podróż z Gliwic. Pierwszym punktem zbiorczym miał być Cieszyn.
I był, tyle tylko, że ze względu na problemy techniczne drugiej załogi zdążyliśmy wymienić walutę, zjeść domowy obiad (lokal pod zamkowym wzgórzem od strony parkingu przy browarze) i zwiedzić miasto. Po kilku godzinach w końcu zatrzeszczała krótkofalówka i można było ruszyć dalej razem.

Polsko-Czeska granica tylko nam mignęła, z reszta cała kraina Husa, Kafki i Gotta przewinęła nam się za oknami w niecałą coronę. Dalej przed nami rozlała się Słowacja.


Słowacja:


Poranne spóźnienie odbiło się na popołudniowo- wieczornym buszowaniu po słowackich drogach i miastach. Przykładem może być wieczorny szturm na rynek w Bańskiej Bystrzycy, gdzie to przeciskając się autami między ogródkami piwnymi powodowaliśmy, „o dziwo”, spory szok wśród klienteli tamtejszych lokali. Po zwiedzeniu rynku, tym razem pieszo postanowiliśmy się udać do Bańskiej Stanicy w celach noclegowych.
Niestety jedyna droga łącząca obie miejscowości wymagała winiety, a darmowych objazdów nie znaliśmy ani my ani GPS. Kilka euro nie stanowiło majątku, lecz rozczarowanie, iż po 15 minutach jazdy mieliśmy już zjechać z płatnej i niestrzeżonej drogi było dobijające.
Z krótkofalówki dobiegło urocze „FFUUUUUUUUU...”.

W Stanicy okazało się, że większość miejsc w hostelach jest zajęta, nasze zdziwienie rozwiały dźwięki niedalekiego koncertu. Tysiące gardeł domagające się bisu porządnie podkopały nadzieję na znalezienie noclegu. Szczęśliwie w skautowskim schronisku znalazł się pokój dla naszej gromadki- ponoć jakaś grupka holendrów nie dotarła na festiwal.
Nieduży pokoik na strychu, którego ściany przechodziły w dach z drobnym wysuniętym okienkiem był dosyć miłą kwaterą. Natomiast zza oknem wycelowanym z górę z zamkiem, rozciągał się widok wyjęty wprost z filmu grozy.
Stare kamienice, pokryte równie starymi dachówkami poprzerywane krzywymi kominami cicho przycupły pod wzniesieniem na którym górował zamek. Całą okolicę oświetlał księżyc w całej swej okazałości, leniwie sunąć tuż nad wzgórzem. Klimat co poniektórym za bardzo się udzielił i optowali za zamknięciem okna -”tak na wszelki wypadek”.



Rano Bańska Stanica już dawno pozbyła się upiornego wyglądu, zamieniając się w kupiecko-rzemieślniczo-górniczą mieścinę. Godny polecenia jest ratusz znajdujący się na wzniesieniu na przeciwko „upiornego zamku”, uliczki miasta i ponoć park (choć tam nie zaglądaliśmy).
O zaradności mieszkańców w ubiegłych wiekach mogą świadczyć sztolnie drążone wprost- nawet nie piwnic, lecz parterów kamienic. Dobrym przykładem jest sztolnia tuż przy punkcie informacji turystycznej (ponoć wstęp jest płatny).
Jej łączna długość to może 60-70 metrów, kończy się zaraz obok swojego wejścia tworząc literę ”U”. Nic wybitnego dla studentów wydziału górniczego, za to dla laika może być szybką lekcją „mniej niż więcej CO I JAK?” (później zastosowano w sztolni wszystkie możliwe rodzaje obudów górniczych jakie były i są stosowane).


Ze sztolnią łączy się dość śmierdząca historia, otóż gdy kumpel postanowił nieco głębiej zaszyć się w trzewia ziemi by cyknąć fotkę- ja znalazłem wyłącznik światła. Poczekałem, aż błyśnie flesz i trach! Światło zgasło. Ofiara żartu nieprogramowo szybko wydostała ze sztolni. Strach kumplowi minął, szkoda, że nie razem z brązową draską, gdyż jechał z nami w aucie.


Feralne zdjęcie

Po grupowym piwie w jednym z lokali ruszyliśmy dalej.



Węgry:


Węgry przywitały nas nieco pochmurnie lecz obyło się bez deszczu. Za to powódź zadomowiła się na dobre. Tam gdzie już jej nie było, pozostawiła po sobie zrujnowane pola, przypominające bagna.
Szybko ewakuowaliśmy się do Budapesztu. Akurat załapaliśmy się na niedzielne powroty do stolicy. Jak na sytuację, gdzie prawie ćwierć Madziarów mieszka w samej stolicy przejazd nie był najfatalniejszy. I to nas zbytnio przyzwyczaiło do zbyt łatwego podróżowania.

Zawiłość i egzaltacja od innych rodzin językowych Węgrów jest powszechnie znana. Natomiast ich oporność do nauki innych języków już nie. Wstydem jest, że na 16 spotkanych młodych ludzi angielski znała jedna dziewczyna, nie wspomnę o niemieckim (notabene dawnych sojusznikach) czy francuskim.
Nocleg mieliśmy po stronie Pesztu. Wieczorem postanowiliśmy trochę się wyluzować - napełniając gardła i żołądki. Chińska knajpa na rogu odpychała podejrzaną monotonnością skośnych oczu wszystkich klientów.
Po kilku blazach na stopie w końcu dotarliśmy do odpowiedniego lokalu. Głęboka piwnica do której prowadziły strome schodki, zasklepiona łukami przypominała nieco lokale z przygód Wojaka Szwejka. Niestety klimat psuły nieudane próby modernizacji lokalu.
Co gorsza menu i kelnerka miały tyle do czynienia z angielskim co polityk z rozumem. Szybki kurs migowy robi swoje i na stół wjechało piwo – Dreher, czyli po naszemu „Dresiarz”. Piwo było całkiem przyzwoite, dość podobne smakiem do tyskiego produktu warzelniczego – w końcu ten sam właściciel browaru.
Za chwilę na stole pojawiły ogromne pizze, będące placebo lokalnej kuchni. Bariera językowa i zbyt duża szansa na zamówienie jako kolacji klusek z kopytkami zniechęcała przed strzałem w ciemno.
Wracając do hostelu obrabowaliśmy sklep nocny, uzbrajają się po zęby w różnego rodzaju trunki- potem już tylko zostało losowanie kierowców.

Kolejny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzenie Budy. Przepakowaliśmy auta nieco bliżej Dunaju który przekroczyliśmy pieszo mostami. Miasto było bardzo gwarne i ruchliwe, po rzece kursowały wodne taxi oraz statki wycieczkowe. Przekraczając Dunaj byliśmy świadkami driftu jednego ze statków który szykował się do cumowania.


Przy podejściu na wzgórze pałacowe postanowiliśmy zrezygnować z kolejki i polegać na własnych stopach. Było warto, panorama jest wręcz powalająca z wisienką na torcie w postaci budynku parlamentu po Peszteńskiej stronie Dunaju.




Ku naszemu nieszczęściu był poniedziałek i muzeum było zamknięte. Po zwiedzeniu starego rynku i powrocie do aut czekała nas niespodzianka na kole.
Ciamkaczkie mendy ze straży miejskiej obdarowały nas przywilejem wzbogacenia budżetu miasta na łączną kwotę 30 tyś forintów ( koło 500 PLN).
Powodem było nieopłacenie parkingu (parkometrów ani nakazów zapłaty nie było nigdzie), oraz i tu uwaga: zaparkowaniem „pod prąd” na dwukierunkowej ulicy.
Chamstwo i bzdura pierwsza klasa, ale czego się nie robi by zniechęcać turystów. Szczęściem w nieszczęściu byli przechodnie którzy szybko zorganizowali tłumaczy i mieli gotowe plany ratunku. Pierwszy zakładał spuszczenie powietrza z koła i zjechanie z blokady oraz wyrzucenie mandatów.
Drugi -po naszym nacisku- polegał na zapłaceniu skurczybykom. Pomocny okazał się kurier który perfekcyjnie znał angielski, stąd też sprawę udało się załatwić w miarę szybko – jedyne dwie godziny.

Zanim wpłaciłem grzywnę kumpel pieniędzmi ostentacyjnie przejechał sobie po tyłku, jednak „miejscy” w imię maksymy „pieniądze nie śmierdzą” - łapczywie zagarnęli wymaganą sumę. Tym razem pieniądze śmierdziały faktycznie- zgadnijcie który to był kumpel.
W ramach zemsty postanowiliśmy już nie udać ani forinta na Węgrzech, późnym nocą opuściliśmy kraj-przelotówkę i wjechaliśmy do Rumunii.



Rumunia:


Przejścia Węgiersko-Rumuńskie pomimo przynależności obu krajów do strefy „szengen”, nadal funkcjonują. Fakt, że kontrola kończy się na okazaniu dowodów i zgodnej do nich liczby twarzy, jednak jest czymś „niewyobrażalnym” przy straszących ruinach pozostałych przejść.
Zmęczenie daje się we znaki, szukamy noclegu jeszcze przed Aradem- takowego nie ma, bądź ceny zaporowe.
W jednym z hoteli szczycącym się trzema gwiazdkami- strasznie obskurny tak swoją drogą, kobieta krzyczy sobie 140 lei za osobę (przy naszym kursie 140PLN). Słyszeliśmy, że noclegi na Rumunii są drogie ale to przeszło nasze pojęcie.
Zapada decyzja- nocleg w Aradzie w punkcie z listy noclegowej.

Hostel jak z amerykańskiego filmu, z zabudowanym balkonem na piętrze. Stróż ni w ząb po jakiemukolwiek poza rumuńskim, wyciąga telefon i dzwoni. W słuchawce odzywa się koleś po angielsku. Tłumaczymy mu nasze wymagania, ona podaje cenę – 10 euro za osobę. Jak do tej pory był to standard cenowy. Obniżamy cenę do 8 euro, zgoda. Pełni podejrzeń idziemy sprawdzić pokoje. Dostaliśmy trzy pokoje dwuosobowe, wraz z porządną łazienką, lodówką i telewizorem z kablówką.
Pokoje odstrzelone na błysk. Wracam wraz ze stróżem spisać dane osobowe i zapłacić. Gość trochę się męczył z rozszyfrowaniem zawartości dokumentów, toteż nie wyprowadzałem, go z błędu gdy wpisując miejsce urodzenia zanotował -„oczy niebieskie”. W holu działała lodówka z napojami – o dziwo ceny praktycznie nie różniły się od sklepowych.

Rano zorientowaliśmy się, że o godzinę przekroczyliśmy dobę hotelową przez zmianę strefy czasowej na wschodnioeuropejską- jako ostatni wygrzebywaliśmy się z pokoi. Mimo tego nikt nie robił nam problemów, czy wyrzutów. Sam szef, z którym rozmawialiśmy poprzedniej nocy, nim nas ganić, doradzał co obejrzeć w mieście.

Arad:



Dobrze pamiętając lekcje z Budapesztu rzuciliśmy się po mieście szukać parkomatu. Na szczęście było ich sporo, gorzej, że były na drobne i na niezidentyfikowane karty- bynajmniej nie bankomatowe. Podzieliliśmy się na dwie grupy: pilnujących aut i szukających kantorów. W okolicach Aradu i pozostałych miast naprawdę ciężko znaleźć z kantor polską walutą, nie mówiąc o porządnym kursie.
Ani drobnych ani złotówek nie udało się zorganizować- kto mógł ten wyjął trochę lei przez bankomat.

Dopiero po obejściu fortu garnizonowego i miasta, wraz z spożytym obiadem w lokalu - gdzie kelner wyglądem i akcentem przypominał hrabiego Draculę ze starych filmów, przypadkiem trafiliśmy na kantor, gdzie złotówki szły bardzo dobrym kursem. Przy poziomie cen jak w Polsce zyskiwaliśmy dwa grosze na złotówce. Nie chcąc nadwyrężać szczęścia w Aradzie szybko wróciliśmy do aut pozostawionych przy samym sobie. Oczywiście opłat parkingowych nie uiściliśmy.


Deva:


Deva jest małym miastem, z małym rynkiem, otoczonym blokami i domkami wielorodzinnymi. Nad miastem niepodzielnie górują ruiny zamku, którego nikt nie zdobył poza upływającym czasem. Zamek wznosi się na ogromnym wulkanicznym ostańcu, przyozdobionym na hollywoodzką modłę białymi literami tworzącymi nazwę miasta. Na górę dostaliśmy się przy pomocy kolejki licząc na zwiedzenie zamku i niesamowite widoki. Widoki nas nie zawiodły, czego nie można powiedzieć o zamku.




Dostanie się do środka ruin jest niemożliwe, ze względu na groźbę zawalenia się całości. Jak się dowiedziałem jeszcze kilka lat temu wewnątrz działał bar. Mury można próbować obejść dookoła, jednak w połowie trasy zrezygnowaliśmy. Błotnista ścieżka na skraju stromej kilkuset metrowej skarpy nie jest warta ryzyka- gdyż prowadzi donikąd.
Devę potraktowaliśmy jako bazę wypadową, szczególnie, że znaleźliśmy prześwietną kwaterę u pani Aurelii.


Królestwo pani Aurelii:

Trafiliśmy do niej dzięki ludzkiej życzliwości, gdyż nasz pewniak noclegowy niestety okazał się w likwidacji. U pani Aurelii pomimo bariery językowej udało nam się solidnie opuścić cenę i „wstępnie” zrezygnować ze śniadania. Co ją strasznie zasmuciło i było afrontem z naszej strony.
Dlatego gdy tylko pojawiła się jej wnuczka – Mara, która znała angielski postanowiliśmy wszystko odkręcić. Do dyspozycji dostaliśmy całe piętro wraz z łazienką, lodówką i tarasem widokowym na szczyt Devy.
Poza nami ulokowani byli inni goście w pozostałych budynkach tworzących domowy kompleks. Wzdłuż wszystkiego rozciągał się ogród pełen różnych zakamarków, zapewniający wszystkim kąt dla siebie.

W centrum kompleksu znajdowała się jadłodajnia, bądź bistro w którym nawet po 10 dało się otrzymać solidne śniadanie. Wstając późno byliśmy jedynymi „klientami”, stąd też staliśmy się główną atrakcją naszej gospodyni. Pomiędzy kolejnymi dokładkami i dolewkami i tak sporych porcji zawsze nas zagadywała, przy okazji douczając rumuńskiego. Kryzys następował gdy już wszyscy mieli dość, a i od stołu wstać było ciężko, a pani Aurelia akurat donosiła kolejna porcję tostów.
Solidne śniadania sprawiały, że głód odzywał się dopiero wieczorem, gdy przychodził czas na Ciorbę.


Kuchnia po rumuńsku:

Tłuste, gęste zupy mocno zaciągane śmietaną noszą dźwięczną nazwę: Ciorba. Są dosyć podobne do dobrze nam znanych zup jarzynowych. W niektórych lokalach próbowali nas nastraszyć jedną z odmian – Ciorba de Burta, gdzie „burta” oznacza tyle co żołądek. Jako amator flaków pozostawałem niewzruszony i z apetytem konsumowałem kolejne talerze.

Jako, że już temat kulinarny został poruszony to trzeba go przeprowadzić do końca. Pierwsza sprawa to wszechobecny chleb.
Jest serwowany do wszystkiego, nawet zamawiając schabowego z frytkami nie unikniemy koszyka pieczywa – oczywiście nie jest gratis, na szczęście jego cena nie przekracza jednego leja za osobę. Za to „Pine” jest bardzo smaczny i potrafi „dopchać” największego głodomora. Służy za bezpiecznik nie pozwalający klientowi odejść od stołu głodnym – jak by już same porcje tego nie zapewniały, a są duże!

W parze z chlebem często występuje śmietana, nie tylko serwowana do zup. Czasami dodają do niej słodkie i pikantne papryczki w celu zabicia głodu, bądź przyzwyczajenia żołądka do pikanterii później serwowanego dania.

Godne skosztowania są przeróżne sałatki, oczywiście tylko te które są przeznaczone jako główne danie, pozostałe to żaden szał. Zamawiając sałatkę pomidorową – będąca dodatkiem do głównego dania- otrzymałem nic innego, jak zwyczajnie pokrojonego pomidora na talerzu.

Wychowani na kartoflanej diecie mogą się nieco zawieść. O ile ziemniaki poddawane smażeniu i pieczeniu Rumuni przyrządzają znakomicie, o tyle gotowanie ich czy przygotowanie pure jest barierą nie do pokonania. Gotowane ziemniaki często są twarde w środku, pure potrafi być wodniste i bez soli, co niestety rodzi spory kontrast wobec świetnie przyprawionego mięsa. Dlatego by oszczędzić sobie rozczarowań prośmy zawsze, nawet w najlepszych restauracjach, frytki do obiadu.

Alleluja, w końcu coś o cygarach! :

Skoro już wszyscy zjedli, a wręcz się przejedli, czas by coś zapalić. Późny wieczór już właściwie noc, knajpki w Devie tętnią życiem mimo iż do weekendu jeszcze daleko. Pomimo sporego zainteresowania lokalami udaje nam się znaleźć odpowiednio duży stolik w ogródku piwnym. Udaje się to dzięki trwającym mistrzostwom. Stolik był zbyt daleko od wystawionej plazmy by zadowolić jakiegokolwiek kibica.
Tego wieczora szczęśliwą podróż postanowiliśmy uczcić cygarami produkowanymi przez familie cygarową Oliva.

Stosunkowo młoda firma – piętnaście lat na rynku cygarowym- za to bardzo postępowa i z pomysłem na przyszłość. Tworzą porządne i świetne cygara z nikaraguańskiego tytoniu, udowadniając, że nie samą „Kubą” człowiek żyje.

Oliva w zeszłym roku wypuściła na rynek trzynaście milionów cygar, z czego najlepiej ocenionym przez magazyn Cigar Aficionado został baton: Oliva Serie V Belicoso zajmując piąte miejsce z wynikiem 93 punktów na koncie.


Zresztą panowie Oliva przez ostatnie pięć lat co roku plasowali się w „top 25” CA. Cygara powstają w dwóch miejscach, główny zakład mieści się w Esteli (Nikaragua) produkując dziennie 50 tys. cygar, kolejny mniejszy ulokowany jest w Danli w Hondurasie wypuszczający dziennie jedyne 20 tys. tytoniowych smakołyków.



Cała produkcja opiera się na liściach własnego tytoniu będącego „habano seed-em”, jedynym zewnętrznym składnikiem jest liść wrapper'a (connecticut seed) pochodzący z Ekwadoru.
O tytoniowej historii rodziny pisać nie zamierzam, gdyż porywająca nie jest. Typowo znajdziemy informację o „dziadku” z XIXw. zatrudnionym na plantacji, przeprowadzce, itp.

Z braku humidora podróżnego byłem zmuszony improwizować z transportem cygar. Na wszelki wypadek postanowiłem nie brać rarytasów. Tak więc czempioni Olivii pozostali na swoich miejscach kusząc mnie za każdym razem gdy odwiedzam humidor. Za to zwerbowałem kilka „Oliwek” serii G w formacie churchill i jedno figurado. Cygara te znam, lubię i doceniam. Wiem czego się można po nich spodziewać i wiem, że mnie nie zawiodą. A ich potencjalna strata nie była by straszliwie dotkliwa (choć w sumie każda strata cygara jest dotkliwa [no chyba, że było totalną porażka{no ale takich to się nie kupuje albo od razu do śmieci}]).

Cygara umilały nam noc, częstując swym cedrowo-drzewnym aromatem z domieszką piernika. Czasami dało się wyczuć aromat ziół lub przypraw, który gdzieś tam się chował i pojawiał między kolejnymi puffami. Oj długo gaworzyliśmy otoczeni białą mgłą. Po skosztowaniu wszelakich lokalnych piw serwowanych w lokalu i kolejnej „serii weryfikującej” jakość napitków- postanowiliśmy wrócić na kwaterę.

Devę otaczają pozostałości po Dackich twierdzach. Kim byli Dakowie i co robili z rzymianami możecie sobie sami doczytać. Fakt jest taki, że pozostawili po sobie trochę śmieci – które można obejrzeć w muzeum historii w Bukareszcie. Jednak jeśli komuś wpadnie do głowy zwiedzenie ich siedzib, a nie jest fanatykiem historii, to mu ten pomysł zaraz z głowy wybije.


Po pierwsze nazw celowo nie podam, po drugie zdjęcia zamieszczone w internecie kłamią i po trzecie dojazd bez auta terenowego połączony z fatalną drogą i złym oznakowaniem tworzy turystyczne piekło (a i w terenówce niemiłosiernie rzucało).



1.)Jeśli już musisz tam pojechać, wybierz ich główną siedzibę, tam jest cokolwiek więcej poza łąką i kilkoma kamieniami. Teren nie jest absolutnie przygotowany pod turystów.



2.)Nie nastawiaj się na zastanie czegoś wybitnego, co lepsze zabrano do muzeum, reszta to betonowe rekonstrukcje- w dodatku kiepskie. A zabytki konserwator ratuje krwistym od rdzy dachem z blachy falistej, która notabene już zdążyła pokolorować wszystkie „eksponaty” na ten kolor.


3.)Dojazd do ich głównej siedziby to po 70 km od Devy, odcinek specjalny po drodze składającej się tylko i wyłącznie z dziur, jedyne 20km. Uszkodzone mosty i podjazdy powyżej 30 stopni nachylenia to nic niespotykanego, szczególnie, że owe podjazdy bywają błotniste oraz ograniczone z jednej strony kilkudziesięciu metrową przepaścią.



Pokonanie tej trasy jest lepszym testem dla auta niż wizyta na stacji kontroli pojazdów. Jeden taki wypad i już wiemy czy nasz: serwisant, mechanik, czy „wujek” Stefan z garażu, zna się na robocie. Jak się okazało kolega w złe ręce powierzał swój samochód i mieliśmy dodatkowy postój gratis.

-Ja wiem, ty jesteś kozak i na nogach tam zajdziesz!

W sumie nie będziesz szedł sam, może wataha zdziczałych psów nie jest dobrym towarzystwem do rozmowy, ale zapewni Ci zajęcie i niemałe atrakcje. Lepsze to niż omijanie świni o rozmiarach byka i masie poloneza.

-Czy już wspominałem o cygańskich wioskach po drodze?



Sibiu:

My mamy Kraków i Wrocław, Rumunii mają Sibiu i Cluj-Napoka (kluż-napoka). Sibiu trochę oberwało w czasie II WŚ. Koszta za reparacje ponieśli Niemcy i to nie małe bo miasto obecnie ślicznie się prezentuje. Stare miasto ulokowane jest na dosyć sporej górce, leniwie zlewając się w stronę rzeki.
Im bliżej rzeki tym współcześniejsze budownictwo i coraz bledszy klimat. W tej części Rumunii było bardzo silne osadnictwo niemieckie, już od czasów Habsburgów- a może i wcześniej.



Poza kamienicami miasto jest bogate w: kilkanaście muzeów, świątynie prawosławne i protestanckie, dziesiątki lokali oraz stare mury miejskie w dobrym stanie. Rynek dzieli się na dwie części Piata Mare i Piata Mica – czyli na duży i mały. Nocleg w hostelu na samym rynku to koszt 40 lei. Ciężko znaleźć miejsce parkingowe, przyjechaliśmy pod wieczór i wszyscy już wrócili do swoich domów zajmując większość miejsc.
Na szczęście koło barokowego kościoła udaje się znaleźć dwa wolne miejsca. I standardowo pojawia się kolejny problem- opłata za parking. Parkomatów brak, a parkingowi już dawno sączą browar przed telewizorem. Postój od 18 – 6 jest za darmo, ale nikt nie będzie wstawał o tak drakońskiej godzinie, szczególnie, że planowaliśmy nocny wypad na miasto.
Szturm na punkt informacji przyniósł rezultat, bardzo uprzejma dziewczyna za darmo wręczyła nam po 24 godzinnym kuponie parkingowym. Czego to nie załatwi uśmiech na twarzy połączony z „Dzień dobry!”.

Zresztą jeśli chcesz się targować w Rumunii, musisz zacząć od „Dzień dobry!”. Potem ustalić język pogawędki i jeszcze raz przypomnieć, „że my z Polski”. Z młodszym pokoleniem Rumunów pomaga stwierdzenie typu: „Ale Niemców tu dziś na noc nie macie?”. Wobec starszych lepiej tego zwrotu nie używać – pamiętacie, że pisałem o tym osadnictwie, prawda?
Za to zjednać sobie seniorów można łatwo, szczególnie na wsiach i małych miasteczkach hasłem: „Ruskie draco”. Rumunii pamiętający dobrze komunizm, mają ogromną alergię na wszystko co czerwone. A „Ruskie Diabły”jest dobrym określeniem tego, czego się dwie dekady temu pozbyli.

W Sibiu warto wykupić karnet na wszystkie muzea, wychodzi znacznie taniej niż nazwijmy to detal. Każdy znajdzie coś dla siebie, nawet farmaceuta.
Dla imprezowiczów też się coś ciekawego znajdzie w atrakcyjnych cenach. Za „pięćdziesiątkę” zwykłej tequili płacimy 3pln, piwo kosztuje w porywach do 5pln, martini do 6pln (martini dostajemy osobno i sprite osobno, już w cenie), za 50cl czystej płacimy od 2 do 6pln.
O kluby warto się wypytać w punkcie informacyjnym, bo są przemyślnie poukrywane. Ponoć jeden z lepszych jest gdzieś na obrzeżach miasta, lecz tam nie trafiliśmy.


Gdy już wszystko zostało zobaczone, wypite i zjedzone ruszyliśmy w dalszą podróż.


Brasov:

Wąska dolina między wysokimi i stromymi łańcuchami górskimi, zielono porośniętymi drzewami. Na dnie doliny wciśnięte jezioro domków i kamienic. Na szczycie najwyższego z wzniesień stacja meteorologiczna z sąsiadującym kolejnym hollywoodzkim napisem: BRASOV.
Braszów przywitał nas festynem folkowym odbywającym się na rynku, oraz ekspozycją poświęconą Solidarności. To miasto tak jak Sibiu ma swój urok, zresztą urok w Rumunii ma każde miasto którego nie „poprawiał” Czauczesko. W mieście zatrzymaliśmy się na dwa dni, nieco uszczuplając zapasy kuchni i piwniczkę z winem lokalu nad którym mieszkaliśmy.

Wo do lokali Rumunom trzeba przyznać rację, potrafią dokonać niemożliwego. Otóż zagłębiając się bardziej w ich ojczyznę standard cały czas się podnosił a cena spadała. Nikt się nie bawił w ukryte koszta (no poza wspomnianym chlebem i śmietaną), ani nie stwarzał specjalnych problemów- co mnie znów powitało z powrotem w Polsce.

Braszów jest dobrą bazą wypadową za Karpaty jak i do zwiedzenia Transylwanii. Po nauczce wyniesionych z ruin dackich postanowiliśmy zwiedzić „Jedyny Oryginalny” zamek Władka Palownika.
Jedynych Oryginalnych zamków Vlada Tepes'a jest oczywiście więcej, w końcu komercja nie zna takiego pojęcia jak „dość”. Tym samym wystarcza domysł, iż ów Władek mógł zawitać do danego zamku by rozkwitnął biznes a turyści się zjeżdżali. Ten prawdziwy i jedyny oryginalny zamek, w którym owiany złą sławą władca urzędował, leży wysoko w górach w pobliżu trasy Transfogarskiej i jest ruiną.


Dlaczego wybraliśmy zamek przystosowany pod wycieczkę niemieckich emerytów?
-Ano już byliśmy zmęczeni oglądaniem gołych i pustych w środku zamków. Rumuni są mistrzami „szpachli historycznej”. Nawet na największej ruinie o ile jeszcze ma jakieś mury, montują prowizoryczny dach, tak by z daleka i na zdjęciach imitował dobry stan obiektu- wewnątrz oczywiście nędza.
Szkoda, że u nas chociaż tych dachów nie stawiają.

Wracając do zamku, prezentował on stan idealny, w końcu turysta ma się poczuć jak książę, a turystka jak księżniczka. Eksponaty może nie autentyczne ale jako całość odtwarzały klimat epoki. Sam zamek jest prawdziwym labiryntem, pełnym wąskich przejść, krużganków, półpięter, ćwierć pięter, schowków i tarasów. Trzeba samemu zobaczyć.



Trasa Transfogarska:


Priorytetem „narodowym” ostatniego dyktatora, było ujarzmienie Karpat poprzez stworzenie drogi wiodącej przez te strome i niebezpieczne góry. Droga miała mieć znaczenie militarne i pod tym kątem była budowana. Obecnie przemierzając tę trasę sami możemy ocenić jak wielkim przedsięwzięciem było jej stworzenie. Dopiero tony materiałów wybuchowych pozwoliły wyrzeźbić w twardych karpackich skałach nitkę komunikacyjną. Prowadzenie tak niebezpiecznych prac, na tak niesamowicie stromych zboczach kosztowało życie niejednego człowieka.


Już po kilku kilometrach podjazdu zaczynamy się wdrapywać samochodami na płaskowyż, będący główna atrakcją turystyczną. Owy płaskowyż otwieramy lewą ścianą, co jakiś czas przejeżdżając pod wodospadami. Po kilku minutach już jesteśmy w jego centrum. Czas na dłuższy postój. Daleko w dole widzimy równiny transylwańskich pól. Przełęcz przecina wartki górski strumień.
Górale z hal sprowadzają owce w asyście psów pasterskich. Cała ta mozaika widoków zapiera dech w piersiach niczym piramida Marii Mancini Postre de Banquet e. Zresztą zobaczcie sami. Półmetkiem trasy jest przejazd przez tunel wydrążony na wysokości zbliżonej do naszych polskich Rys. Po drugiej stornie czekają równie malownicze i niesamowite widoki.



Mozolnie zjeżdżaliśmy w dół, starając się hamować wyłącznie przełożeniami biegów, gdyż hamulce mogły by tego nie przeżyć. Po kilkunastu kilometrach wicia się w „dolinie” trafiliśmy na gigantyczną zaporę tworzącą sztuczny zbiornik. Zbiornik był zwyczajnie zalaną przełęczą górską, zakorkowaną między stokami ogromną tamą.
Nad całym kompleksem ponuro górowała nierdzewna statua wiktorii komunistycznego ludu pracującego nad naturą. Jest możliwość rejsu po zalewie. Warto się na chwilę zatrzymać i pozwiedzać ten obiekt, szczególnie, że dalej czeka nas bardzo długa i bardzo wyboista droga.


Zwiedzając Rumunię polecam koniecznie przejechać się tą trasą, szczególnie, że jest ona przejezdna dla każdego auta. Od strony Braszowa u podnóża płaskowyżu znajduje się stacja kolejki linowej i trochę infrastruktury turystycznej, spokojnie można zaparkować i wybrać się kolejką w podróż.

Dalej przed nami zostały: obskurny Bukareszt, trasa bezdrożami na wulkany błotne, cerkwie w okolicach Suczawy, malowniczy kanion gdzie skały zakrywały niebo, Cluj-Napoka i powrót do domu.

Ale o tym kiedy indziej, o ile ta opowieść was nie zabiła nudą. :winko:
_________________
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom...
 
 
człekoupiór
Początkujący Aficionado
siesta



Wiek: 28
Dołączył: 10 Wrz 2009
Posty: 453
Otrzymał 19 piw(a)
Skąd: Płock/ Toruń
Wysłany: Wto 14 Wrz, 2010   

to i ja skrobnę kilka zdań ;)

na koniec wakacji wraz z dziewczyną oraz naszą znajomą udaliśmy się do Norwegii. Wypad niezbyt długi, ale treściwy i trochę forsowny ;) Niby to tylko 5 dni. Polecieliśmy na zaproszenie ojca naszej znajomej, który pracuje tam od 3 lat i mieszka w Sandefjord (miasteczko nadmorskie 40,000 mieszkańców). Lądowaliśmy na malutkim, lokalnym lotnisku Torp (110km do Oslo i 10km do Sandefjord) - dobre połączenie również ze Skien i Larvikiem. Bilety kupione w promocji wyniosły jedyne 80pln/osoba w tą i z powrotem, więc nic, tylko latać!

Miasteczko przypomina trochę naszą Łebę lub Kołobrzeg - w identyczny sposób zamiera i spowalnia 1 września, wraz z końcem sezonu. Króluje zabudowa jednorodzinna, niewielkie, urokliwe drewniane domki - wszystkie rozłożone w sposób okalający port (rozciągający się kilka kilometrów wzdłuż wybrzeża). Bardzo miła i spokojna okolica, mnóstwo przyjaźnie nastawionych ludzi, praktycznie każda osoba do 50 roku życia jest w stanie porozumieć się po angielsku, więc nawet nie ma bariery językowej ;)





Główną atrakcją jest przed wszystkim wszechobecna przyroda! Mnóstwo skał będących pozostałościami polodowcowymi oraz jeziorka i parki. Idealne miejsce wyciszenia i regeneracji! W pobliżu znajdują się 2 spore fiordy... odległość około 15km... w sam raz na wycieczkę rowerową! Istnieje również możliwość swobodnego łowienia ryb we wszystkich słonych akwenach wodnych ;) - nastawienie zdecydowanie na ułatwienie życia ludziom, a nie wszechobecne rzucanie kłód pod nogi, wymogi licencji, opłat etc.







Samo miasteczko Sandefjord wyrosło na fundamentach przemysłu wielorybniczego, do dnia dzisiejszego funkcjonuję tam fabryka tranu oraz kapsułek z kwasami omega B6. Na miejscu funkcjonuje jedyne w Europie muzeum wielorybnictwa (częściowo audiowizualne), oprócz rodzajów statków i sprzętu do odławiania i eksploatacji wielorybów można tam zobaczyć archiwalne filmy z połowów oraz skórowania i dzielenia złowionego ssaka. Dodatkową atrakcją jest willa milionera (który na początku XX wieku dorobił się właśnie na kutrach wielorybniczych) górująca nad miastem. Po około 2,5-3km marszu dociera się do bardzo urokliwej rezydencji z ogromnym parkiem. W środku można ją zwiedzić tylko raz w miesiącu, ale park i 'fasada' są czynne codziennie. Jest tam też świetny punkt widokowy, z którego rozciąga się najpiękniejsza panorama miasta!






A gdy już obejrzy się wszystkie zakątki miasteczka można zawsze wsiąść na prom do szwedzkiego Stromstad - również pięknego ;) ale tam już czuć zupełnie inny klimat, to już Unia Europejska i życie płynie zdecydowanie szybciej ;)

Do dodatkowych atrakcji należy również możliwość spróbowania mięsa wieloryba oraz renifera (cenowo niewiele droższe od drobiu i wieprzowiny..). Ceny jednak nie rozpieszczają... bochenek chleba waha się od 8 do 24 koron (4-12 pln), piwo to wydatek około 30 koron (taniej jest na statku do Szwecji w strefie bezcłowej - 6 koron za Calsberga)

Jedyna niezrealizowana sprawa to wycieczka do Oslo... jednak potrzeba by było posiedzieć tam jeszcze ze 2 dni... no i sam pociąg to koszt prawie 400 koron w 2 strony na osobę.. ale życie jeszcze się nie kończy... może jeszcze uda mi się wrócić do Norwegii... tym razem do Oslo i odrobinę na północ w góry ;)



ps. Norwegowie będąc jednym z najbogatszych narodów w Europie mają wielkie zamiłowanie do limuzym z początku XX wieku... również amerykańskich, praktycznie codziennie widuję się inne zabytkowe auto (z resztą dużego ruchu nie ma, większość wybiera jednak rowery).

_________________
"Inteligentni ludzie są często zmuszani do picia, by bezkonfliktowo spędzać czas z idiotami." - E. Hemingway
 
 
 
SzymonK
Aficionado



Obecności na FOSCA: 1
Wiek: 29
Dołączył: 10 Paź 2009
Posty: 512
Otrzymał 61 piw(a)
Skąd: Kraków/Tarnobrzeg
Wysłany: Sob 28 Lip, 2012   

Może mój post nie będzie tak bogaty w tekst oraz zdjęcia jak poprzednie, ale postaram się coś ciekawego wykombinować :)
Ostatnio jestem dość zajęty i nie mam zbyt wiele czasu. Śpię krótko, mam kilka obowiązków i niewiele czasu na odpoczynek. Ale udało się! :) Mój znajomy, którego poznałem dzięki cygarom, od dawna mówił mi o swoim domu. Cygarko, kawa, hamak i pełen chill out. Ale nie powiedział jednego - jakimi widokami można cieszysz się z jego tarasu i... basenu :P Nie paliliśmy jakichś wyjątkowych cygar, natomiast nadrabialiśmy na prawdę miłymi chwilami. Dołączam kilka fotek. Wszystkim tym, którzy w obliczu tak pięknej pogody muszą siedzieć w biurze i pracować proponuję ich nie oglądać :P




Życzę równie udanych chwil i niezapomnianych wakacji :palacz:
 
 
Pekal
Doświadczony Aficionado



Wiek: 39
Dołączył: 19 Lis 2012
Posty: 807
Otrzymał 711 piw(a)
Skąd: Gryfino
Wysłany: Pią 26 Kwi, 2013   

Coś mało wpisów w temacie...dodam coś od siebie.
23 wróciłem z Malty. Sam organizuję wypady dla rodziny lub korzystam z pomocy znajomego, który ma w tym większe doświadczenie. Jak do tej pory jestem zadowolony pod względem organizacyjnym (sam organizuję to muszę być zadowolony :) ) ale również pod względem finansowym...średnio o połowę taniej wychodzi wypad. Z czasem jak już masz kontakt z odpowiednimi sieciami hoteli czy też firmami wypożyczającymi samochody, możesz liczyć na zniżki, co też z kolejnymi wypadami oznacza znaczne obniżenie kosztów. A przy tak tanich lotach i wyżywieniu na miejscu, które też nie stanowi większych wydatków jesteś w stanie zaoszczędzić na np dodatkową atrakcję w postaci rejsu jachtem czy też nurkowanie. Panowie polecam Maltę, oczywiście raczej nie w sezonie, temp odpowiednia...ceny dużo niższe.






a to już kolejny nałóg w postaci koniecznej łączności z forum CA (foto z angielskiego lokalu serwującego lokalny browar o nazwie CISK).

_________________
"Starajmy się uczynić święto z codzienności, przyjemność z drobnych chwil, z których składa się życie" - Zino Davidoff
----------------------------------------------
www.divinesmoke.wordpress.com
 
 
blaugrana
Ekspert Aficionado



Wiek: 38
Dołączył: 17 Lut 2013
Posty: 1686
Otrzymał 1254 piw(a)
Skąd: Galway, IE
Wysłany: Wto 14 Maj, 2013   Heineken Trip

Kilka fotek z wizyty w Muzeum Heinekena w Amsterdamie

_DSC0167 (FILEminimizer).JPG
Plik ściągnięto 22 raz(y) 413,9 KB

_DSC0122 (FILEminimizer).JPG
Plik ściągnięto 20 raz(y) 116,88 KB

_DSC0116 (FILEminimizer).JPG
Plik ściągnięto 14 raz(y) 114,43 KB

_DSC0077 (FILEminimizer).JPG
Plik ściągnięto 17 raz(y) 325,19 KB

_DSC0075 (FILEminimizer).JPG
Plik ściągnięto 19 raz(y) 163,65 KB

_DSC0055 (FILEminimizer).JPG
Plik ściągnięto 12 raz(y) 306,64 KB

_DSC0053 (FILEminimizer).JPG
Plik ściągnięto 15 raz(y) 133,85 KB

_________________
💨💨💨💨💨💨💨
 
 
blaugrana
Ekspert Aficionado



Wiek: 38
Dołączył: 17 Lut 2013
Posty: 1686
Otrzymał 1254 piw(a)
Skąd: Galway, IE
Wysłany: Sob 19 Paź, 2013   

W tym roku wybór kolejnej destynacji padł na Lizbonę, czyli miasto siedmiu wzgórz.
Poniżej kilka fotek z "Lisboa - must see", czyli ciekawszych miejsc stolicy Portugalii.
1. Łuk Triumfalny na Rua Augusta

2. Zamek Św. Jerzego

3. Torre de Belem

4. Padrao dos Descobrimentos, czyli Pomnik Odkrywców

5. Mosteiro dos Jeronimos, czyli Klasztor Hieronimitów

6. Torre Vasco da Gama (i kolejka linowa wzdłuż Tagu przy okazji)

7. Elevador de Santa Justa (wraz z położonymi zaraz obok ruinami Klasztoru Karmelitów)

8. Praca do Comercio (jeden z głównych placów w Lizbonie - jak nie główny ;) )

9. Ponte Vasco da Gama, czyli najdłuższy most w Europie (17 km długości)

10. i na koniec coś na ząb: przepyszne pieczone kasztany prosto z pieca (polecam z czerwonym winem lub piwem)


Generalnie, polecam Lizbonę, choć wracać tam nie mam zamiaru :)
_________________
💨💨💨💨💨💨💨
 
 
Pekal
Doświadczony Aficionado



Wiek: 39
Dołączył: 19 Lis 2012
Posty: 807
Otrzymał 711 piw(a)
Skąd: Gryfino
Wysłany: Pią 30 Maj, 2014   

Panowie...wrzucam zapytanie właśnie tu, ponieważ nie miałem lepszego pomysłu w którym temacie to umieścić. Za parę tygodni uderzam na długi urlop na Teneryfę. Co nieco wyszukałem , ale wolałbym Wasze, sprawdzone informacje. Może ktoś z Was był i zakupił cygara dostępne na miejscu. Jak tak dajcie znać gdzie mogę je nabyć. Chętnie odwiedzę sprawdzoną lokalizację i zakupię coś dobrego. Oczywiście po zakupie zdam relację i zapodam jakieś klimatowe focie. Z góry dziękuję za info.
_________________
"Starajmy się uczynić święto z codzienności, przyjemność z drobnych chwil, z których składa się życie" - Zino Davidoff
----------------------------------------------
www.divinesmoke.wordpress.com
 
 
lunka01
Doświadczony Aficionado



Zaproszone osoby: 1
Wiek: 37
Dołączył: 01 Kwi 2013
Posty: 954
Otrzymał 446 piw(a)
Skąd: Delgany
Wysłany: Sob 31 Maj, 2014   

nie wiem gdzie kupic ale kiedys czytalem ze tam czesta sa robaki przechodza z lokalnych specjalow wiec trzeba uwazac z zakupem
_________________
https://www.youtube.com/w...RDMMsy_BaUwOGjI


JAK CI SIE MOJ POST O D**** MARYNY NIE PODOBA TO WCISNIJ IKONKE IGNORUJ W PRAWYM GORNYM ROGU MOJEGO POSTU
 
 
blaugrana
Ekspert Aficionado



Wiek: 38
Dołączył: 17 Lut 2013
Posty: 1686
Otrzymał 1254 piw(a)
Skąd: Galway, IE
Wysłany: Czw 23 Paź, 2014   

W tym roku, wraz z Żoną wybraliśmy się na wakacje na małą wyspę na Morzu Śródziemnym - Maltę.
Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z naszego pobytu:

1.Valletta - stolica Malty, urocze małe miasteczko-fortyfikacja (wpisana na listę Unesco).




2.Azure Window - spektakularny,skalny łuk na wyspie Gozo.



3.Victoria (Gozo) z mnóstwem wąskich, klimatycznych uliczek.



4.Blue Grotto - siedem bajecznych jaskiń skąpanych w błękicie Morza Śródziemnego.




5. Mdina - tzw "silent city" - miejsce wręcz mistyczne.




6.Popeye Village - bajkowa wioska w której kręcono Popeye'a w 1980r.




7.Marsaxlokk - urokliwa wioska rybacka




...długo byłoby jeszcze wklejać zdjęcia - lepiej samemu pojechać i się przekonać o walorach turystycznych Malty :P
_________________
💨💨💨💨💨💨💨
 
 
polakito
Początkujący Aficionado



Wiek: 36
Dołączył: 05 Mar 2012
Posty: 497
Otrzymał 452 piw(a)
Skąd: Lesniewo
Wysłany: Nie 30 Lis, 2014   

Wrzuce moje dwa zdjecia z wczorajszego spaceru.

Schodzy z teledysku snoop dogga, i jakas knajpa z muzyka na zywo.

image-6ea76f0a07104b95bdb698ca6500614ed740990e2164a9441766e7fad24ac5d2-V(1).jpg
Plik ściągnięto 38 raz(y) 248,48 KB

image-623706ced94bce206aeff94377c52aac40aac98393ae1a0522cd3c26cea67cd8-V.jpg
Plik ściągnięto 58 raz(y) 249,91 KB

_________________
"“A woman is an occasional pleasure but a cigar is always a smoke." - Groucho Marx.
 
 
 
blaugrana
Ekspert Aficionado



Wiek: 38
Dołączył: 17 Lut 2013
Posty: 1686
Otrzymał 1254 piw(a)
Skąd: Galway, IE
Wysłany: Nie 30 Lis, 2014   

Zdradź jeszcze, który to Ty :cigar:
_________________
💨💨💨💨💨💨💨
 
 
Pekal
Doświadczony Aficionado



Wiek: 39
Dołączył: 19 Lis 2012
Posty: 807
Otrzymał 711 piw(a)
Skąd: Gryfino
Wysłany: Nie 30 Lis, 2014   

Jak to kolejna zagadka to ja zgadnę...ten po lewej z pierwszego zdjęcia? :)
_________________
"Starajmy się uczynić święto z codzienności, przyjemność z drobnych chwil, z których składa się życie" - Zino Davidoff
----------------------------------------------
www.divinesmoke.wordpress.com
 
 
xiom
Ekspert Aficionado



Obecności na FOSCA: 4
Wiek: 44
Dołączył: 27 Wrz 2012
Posty: 1272
Otrzymał 879 piw(a)
Skąd: Cieszyn
Wysłany: Nie 30 Lis, 2014   

hehe Polakito ma dżinsy i to długie ;)
_________________
www.fundacjatalent.pl
  mój status
 
Pekal
Doświadczony Aficionado



Wiek: 39
Dołączył: 19 Lis 2012
Posty: 807
Otrzymał 711 piw(a)
Skąd: Gryfino
Wysłany: Nie 30 Lis, 2014   

hehe nooo raczej :)
_________________
"Starajmy się uczynić święto z codzienności, przyjemność z drobnych chwil, z których składa się życie" - Zino Davidoff
----------------------------------------------
www.divinesmoke.wordpress.com
 
 
polakito
Początkujący Aficionado



Wiek: 36
Dołączył: 05 Mar 2012
Posty: 497
Otrzymał 452 piw(a)
Skąd: Lesniewo
Wysłany: Nie 30 Lis, 2014   

Ja to ten w zoltych spodniach :mrgreen:
_________________
"“A woman is an occasional pleasure but a cigar is always a smoke." - Groucho Marx.
 
 
 
blaugrana
Ekspert Aficionado



Wiek: 38
Dołączył: 17 Lut 2013
Posty: 1686
Otrzymał 1254 piw(a)
Skąd: Galway, IE
Wysłany: Nie 30 Lis, 2014   

:mrgreen:
fajnie, że teraz już wiemy kto się kryje pod Nickiem - Polakito :cool1:
Pozdrawiam
_________________
💨💨💨💨💨💨💨
 
 
blaugrana
Ekspert Aficionado



Wiek: 38
Dołączył: 17 Lut 2013
Posty: 1686
Otrzymał 1254 piw(a)
Skąd: Galway, IE
Wysłany: Śro 14 Sty, 2015   

Hej CA!
Czy już macie plany urlopowe na ten rok?

Jakieś ciekawe miejsca do "eksploracji"? ;)
_________________
💨💨💨💨💨💨💨
 
 
JMJ
Początkujący Aficionado
smakosz życia



Obecności na FOSCA: 1
Wiek: 47
Dołączył: 01 Gru 2014
Posty: 303
Otrzymał 249 piw(a)
Skąd: Bolanda
Wysłany: Śro 14 Sty, 2015   

Rozumiem, że jak tak pytasz w środku zimy, to pewnie jakimś swoim pomysłem chcesz się pochwalić? :P
Zapodawaj. :cool1:
_________________
Luz i spokój, to sobie cenię. Bardziej spokój niż luz... :bejsbol:
 
 
Reklamator

Wysłany:    Reklama

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Podobne Tematy
Temat Autor Forum Odpowiedzi Ostatni post
Brak nowych postów Wczasy na Kubie
poeta_666 Trochę teorii... 1 Pon 05 Sty, 2015
El Comandante
Brak nowych postów Gitary aficionados :)
czyli na czym plumkamy/brzdąkamy/łoimy itp:)
Markuz Full offtopic 22 Czw 13 Sie, 2009
Markuz
Brak nowych postów ZWIERZĘTA AFICIONADOS
Pochwal się!
Winston Churchill Full offtopic 98 Czw 21 Mar, 2013
Borsuk
Brak nowych postów Korzenie aficionados
Bruno Full offtopic 54 Pon 17 Wrz, 2007
Gość
Brak nowych postów Hobby Cigar Aficionados :)
strix Full offtopic 195 Pią 24 Cze, 2016
PanSatyros

Strona ma charakter hobbystyczny i informacyjny. Przeznaczona jest dla osób powyżej 18 roku życia.

Palenie szkodzi zdrowiu!
Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 20