Aby korzystać z zawartości forum należy się zarejestrowaćTUTAJ Ten aplet jest widoczny tylko dla niezarejestrowanych użytkowników! :-) Rejestrując się na forum uzyskujesz m.in. rabaty na cygara u forumowych partnerów (sklepy cygarowe). Zapraszamy!
Panowie jest jeszcze jedno rozwiązanie, które dzisiaj podpowiedział mi mój klient
kupiłem, wypaliłem Benchmade Corona i moja kobieta powróciła do domu i stwierdziła - a co tak ładnie pachnie...
Rozwiązanie kosztuje 10 PLN w Nanu Nana i jest nim flakonik Perfum do Pomieszczeń [30ml] Apple And Cinamon. SKUTKUJE! Lekkie wywietrzenie pokoju, wstawienie tego i po pół godzinie nie czuć dymu - czuć szarlotkę
Maskuje na stałe, czy jak inne antismrody po pewnym czasie puszczają garde i niestrawne klimaty wychodzą?
Morela specjalnie dla Ciebie (i wczesnych produkcji Petera J.) muszę krzyknąć: ZINGAYA!! Niestety na dłuższa metę takie kino przestaje śmieszyć, nawet po kilku piwkach.
Ostatnio odgrzałem trochę staroci komediowych mianowicie: Konopienke i Kaprysy Łazarza. Przyjemny, szczery, nienaginany produkt minionej epoki.
Bym zapomniał! Jak będziesz spalał płatki cedrowe, to najlepiej podzielić je na wiele cieńkich pasków- starcza na dłużej A spalac powoli, nawet niech co chwile przygasa, grunt, żeby kopciło. Kremacja w trzy sekundy nie jest raczej porządana- no chyba, ze się ma kilka kubików cedru gdzieś zbunkrowanych i można szleć
Tapicerka materiałowa może być przyczyną pozostania nieprzyjemnego zapachu. Choć większym problemem na pewno są wspomniane tapety. Papier uwielbia chłonąć zapach tytoniowego smrodku.
Palenie świec w czasie palenia nieco redukuje zadymę, nie koniecznie musza być zapachowe.
W sytuacji gdy już jesteśmy po paleniu i nasz pokój nadal "czuć", polecam spalenie kawałka listka cedrowego-przekładki. Jego niesamowicie przyjemny aromat nieco załagodzi siekierę w powietrzu.
Dziunio- co kto lubi. Ja z zapalniczek to najbardziej lubię zapałki
Niestety do palenia na świeżym powietrzu (na: placu/polu/dworze - jak kto tam ma), wymagana jest zapalniczka. Drobny wiatr potrafi nieźle zatruć rozpalanie i humor.
Osobiście ze środków zapalczych w teren polecam jeta- żadna wichura mu nie straszna
Model formatem odpowiadający odpowiadający temu co pokazał Adi, tyle, że bez tych ćwieków czy oksydowania. Zwykła matowa stal. Zakupiłem ją razem z małym zestawem upominkowym sygnowanym przez Moongas - z resztą to nie ma znaczenia. Zakupu dokonałem w katowickiej Silesii w lokalnej trafice. Koszt około 50pln. Na wystawce są inne kompozycje z różnistymi gilotynkami- do wyboru- do koloru.
@Turbo- czym to ostrzysz- masz jakąś specjalną osełkę?
Sprzęt ładnie się prezentuje, miły dodatek do humidora, właściwie do cygar które będziesz w nim trzymał
Co do obcinacza to identyczne widziałem w różnych "no name" kompletach podarunkowych, w wersjach oksydowanych, zwykłych i posrebrzanych .
Luzy zawsze jakieś są, nie ma się co bać. Grunt, żeby ostrza pojawiając się w świetle otworów nie latały jak ruska optyka. Pomolestuj obcinacz gdy jest zamknięty - jeśli nie poczujesz luzów to jest ok. Mam podobny metalowy - od półtora roku sprawuje się bez zarzutów
Ostrość przetestuj na cygarze poświęconym na przystawkę, w tedy będzie jasne co i jak
W centrum handlowym na Rozdzieniu w Katowicach (tym obok Kastratoramy), to ten sam sklep (asortyment) co w Silesii Sziti Senter.
Może w katowickiej Almie też je znajdziesz.
Real w Mysłowicach- stoisko na pasażu. Mają formatów 3x3 od groma, w dobrym stanie (przynajmniej kiedyś) pomimo, iż nie wiedzą do końca czym się zajmują.
Tabakiera w Gliwicach (niedaleko rynku)- dodatkowo mają spory wybór porządnych trunków wysoko i nisko procentowych.
Wszelakie budki, kioski i konfesjonały na terenie centów handlowych aspirujące do bycia trafiką.
pale cygara pare lat i zdarzyło mi się już kilka razy normalną "benzynówką" odpalać cygara i jakoś nie czułem zapachu benzyny ...
za to jak kiedyś odpaliłem od tych małych świeczek okrągłych co ich pełno w ikea czy gdziekolwiek to całe cygaro śmierdziało mi woskiem i jakimś takim charakterystycznym smrodkiem tych świeczek - niestety cygaro tak waliło że pomimo nadziei że to przeminie w połowie palenia je wywaliłem
Jak to się mawia przy odpalaniu ze świecy: "Jednego marynarza mniej".
Uroczy smrodek świeczek którym zaraziły niestety twoje cygara - to uwolniony aromat parafiny. Ciężko by ktoś w nim gustował
Kolejny film w którym zawitało cygaro i fajka to amerykańska produkcja- Niezniszczalni (Expendables). Film reżyserii Sylwka Stallone to typowy zorpiździelacz ekranowy spod płaszczyka filmów akcji. Amatorzy tego gatunku na pewno nie będą zawiedzeni.
Jednej skręć łepek i przyklej taśmą klejącą do drugiej
Ja pamiętam jak miałem Are. Jakie to było złośliwe cholerstwo! Cały tydzień nie srała czekając na sobotę kiedy była wypuszczana. Uwielbiała siadać na ramieniu. W tedy kazdy przez chwilę mógł się poczuć jak wilk morski z trzema drewnianymi kikutami. "Fajność" kończyła się średnio po pół minuty gdy papuga strzelała rzadkim odłamkowym na koszule i uciekała.
Trochę się na starość uspokoiła jak ją raz jastrząb pogonił, ale to inna historia.
Konik Dobry - podziwiam Twoją cierpliwość do węgierskiego (języka). Dwa tygodnie słuchać tej papki to naprawdę wyzwanie:cool1:
Cytat:
Jeszcze jedno - wracając zahaczyłem o Tesco na Słowacji (w Preszowie bodajże) i tam w trafice był wybór, jak w słabszych sklepach cygarowych u nas.... Ceny znacznie ciekawsze niż na Węgrzech. I są przeceny! Kupiłem 2 (bo tyle mieli) malutkie Cuaby Divinos po 4 euro, czyli taniej, niż w Szwajcarii.......
Wracając do kraju zatrzymałem się w Svidniku (Świdniku) na Słowacji. Przeciętne tesko niczym się nie wyróżniające od naszych. Na pasażu standardowo trafika. Wiadomo, że nie przepuściłem okazji by zajrzeć.
U nas standardem jest: kilka Cohiba, Monte i wysyp RyJków. Do asysty dostają La Rica, Iguane, czasem jakieś macanudo i sporo mechanicznych zapychaczy półek.
To też moje zdziwienie było wielkie zastając prawdziwy arsenał cygar. Było w czym pomyszkować. Najbardziej rzucił mi się w oczy cygarowy gigant od Stanislawa. Ring minimum 52, długość koło 35- 40 cm i cena koło 30 złotych
Co do cen to różnie, kuba drożej niż u nas, reszta cenowo jak u nas bądź taniej.
Wszystko trzymane w prowizorycznym humidorze ze szkła, o dziwo miał jakiś system klimatyzujący i 66% przy 20° było.
Cytat:
A takie, którym w Dolince Pięknej Pani (takie turystyczne zagłębie piwniczek, jest ich w mieście co najmniej jeszcze trzy - tyle widziałem) zachlewa się młodzież z Budapesztu oraz południa Polski, kosztuje 5-7 zł za litr i też się da pić. Choć radziłbym spożywać na miejscu - w domu nie ma już tego uroku... Do Polski należny zabierać wina w szklanych butelkach, od 15 zł w górę
Winka "obiadowe" nie są wcale gorsze od tych w butelkach. One też są butelkowane! Różnica polega na tym, że to "surowe" wina do wypicia na już. Kilka tygodni wytrzymają ale później zaczynają octowieć i się gazować. Z tego co wiem nie są gaszone- nie zawierają siarki, która działa jako konserwant.
W Rumunii noszą nazwę Vin Recas (Rekasz), Cotnari, Jidvei, Murfaltar itp.
Lane są z kranika w ścianie w każdej winiarni, do dowolnych pojemników.
Jak by ktoś zawitał do Rumuńskiego Cluj-Napoka to polecam winiarnie: MAGAZIN CRAMELE RECAS, ulica: B.P. Hasdeu numer 61, Cluj- Napoca.
Cztery tysiące sto trzydzieści kilometrów wspomnień to naprawdę dużo, szczególnie, gdy każda godzina podróży musi być wywalczona.
Wakacje to idealna pora do poszerzania swych horyzontów, poznawania ludzi i często też obalania mitów i stereotypów. Jako, że nigdy nie byłem zatwardziałym fanatykiem wakacji na leżaku, a opalanie było fatalne w skutkach co naturalny RTG w Czarnobylu- postanowiłem po raz kolejny ruszyć swe ogromne dupsko gdzieś w świat.
Już w styczniu tego roku została zebrana ekipa, która postanowiła na nowo poznać Rumunię. O kraju wiedzieliśmy tyle, że jest jedynym który wyprzedzamy w unijnych rankingach dobrobytu i również jest w „szengen”. Reszta informacji bazowała na wrażeniach rodziny która miała okazję zwiedzić Rumunię jeszcze za czasów pana Cz. Wrażenia te nie były najlepsze. Podbudowani obrazami niewypowiedzianej biedy- jeszcze bardziej się zawzięliśmy się na wyjazd.
Opracowana przez kolegę trasa przecinała pięć państw: Czechy, Słowację,Węgry, Rumunię i Polskę. Nasza skromna karawana złożona z dwóch aut rozpoczęła podróż z Gliwic. Pierwszym punktem zbiorczym miał być Cieszyn.
I był, tyle tylko, że ze względu na problemy techniczne drugiej załogi zdążyliśmy wymienić walutę, zjeść domowy obiad (lokal pod zamkowym wzgórzem od strony parkingu przy browarze) i zwiedzić miasto. Po kilku godzinach w końcu zatrzeszczała krótkofalówka i można było ruszyć dalej razem.
Polsko-Czeska granica tylko nam mignęła, z reszta cała kraina Husa, Kafki i Gotta przewinęła nam się za oknami w niecałą coronę. Dalej przed nami rozlała się Słowacja.
Słowacja:
Poranne spóźnienie odbiło się na popołudniowo- wieczornym buszowaniu po słowackich drogach i miastach. Przykładem może być wieczorny szturm na rynek w Bańskiej Bystrzycy, gdzie to przeciskając się autami między ogródkami piwnymi powodowaliśmy, „o dziwo”, spory szok wśród klienteli tamtejszych lokali. Po zwiedzeniu rynku, tym razem pieszo postanowiliśmy się udać do Bańskiej Stanicy w celach noclegowych.
Niestety jedyna droga łącząca obie miejscowości wymagała winiety, a darmowych objazdów nie znaliśmy ani my ani GPS. Kilka euro nie stanowiło majątku, lecz rozczarowanie, iż po 15 minutach jazdy mieliśmy już zjechać z płatnej i niestrzeżonej drogi było dobijające.
Z krótkofalówki dobiegło urocze „FFUUUUUUUUU...”.
W Stanicy okazało się, że większość miejsc w hostelach jest zajęta, nasze zdziwienie rozwiały dźwięki niedalekiego koncertu. Tysiące gardeł domagające się bisu porządnie podkopały nadzieję na znalezienie noclegu. Szczęśliwie w skautowskim schronisku znalazł się pokój dla naszej gromadki- ponoć jakaś grupka holendrów nie dotarła na festiwal.
Nieduży pokoik na strychu, którego ściany przechodziły w dach z drobnym wysuniętym okienkiem był dosyć miłą kwaterą. Natomiast zza oknem wycelowanym z górę z zamkiem, rozciągał się widok wyjęty wprost z filmu grozy.
Stare kamienice, pokryte równie starymi dachówkami poprzerywane krzywymi kominami cicho przycupły pod wzniesieniem na którym górował zamek. Całą okolicę oświetlał księżyc w całej swej okazałości, leniwie sunąć tuż nad wzgórzem. Klimat co poniektórym za bardzo się udzielił i optowali za zamknięciem okna -”tak na wszelki wypadek”.
Rano Bańska Stanica już dawno pozbyła się upiornego wyglądu, zamieniając się w kupiecko-rzemieślniczo-górniczą mieścinę. Godny polecenia jest ratusz znajdujący się na wzniesieniu na przeciwko „upiornego zamku”, uliczki miasta i ponoć park (choć tam nie zaglądaliśmy).
O zaradności mieszkańców w ubiegłych wiekach mogą świadczyć sztolnie drążone wprost- nawet nie piwnic, lecz parterów kamienic. Dobrym przykładem jest sztolnia tuż przy punkcie informacji turystycznej (ponoć wstęp jest płatny).
Jej łączna długość to może 60-70 metrów, kończy się zaraz obok swojego wejścia tworząc literę ”U”. Nic wybitnego dla studentów wydziału górniczego, za to dla laika może być szybką lekcją „mniej niż więcej CO I JAK?” (później zastosowano w sztolni wszystkie możliwe rodzaje obudów górniczych jakie były i są stosowane).
Ze sztolnią łączy się dość śmierdząca historia, otóż gdy kumpel postanowił nieco głębiej zaszyć się w trzewia ziemi by cyknąć fotkę- ja znalazłem wyłącznik światła. Poczekałem, aż błyśnie flesz i trach! Światło zgasło. Ofiara żartu nieprogramowo szybko wydostała ze sztolni. Strach kumplowi minął, szkoda, że nie razem z brązową draską, gdyż jechał z nami w aucie.
Feralne zdjęcie
Po grupowym piwie w jednym z lokali ruszyliśmy dalej.
Węgry:
Węgry przywitały nas nieco pochmurnie lecz obyło się bez deszczu. Za to powódź zadomowiła się na dobre. Tam gdzie już jej nie było, pozostawiła po sobie zrujnowane pola, przypominające bagna.
Szybko ewakuowaliśmy się do Budapesztu. Akurat załapaliśmy się na niedzielne powroty do stolicy. Jak na sytuację, gdzie prawie ćwierć Madziarów mieszka w samej stolicy przejazd nie był najfatalniejszy. I to nas zbytnio przyzwyczaiło do zbyt łatwego podróżowania.
Zawiłość i egzaltacja od innych rodzin językowych Węgrów jest powszechnie znana. Natomiast ich oporność do nauki innych języków już nie. Wstydem jest, że na 16 spotkanych młodych ludzi angielski znała jedna dziewczyna, nie wspomnę o niemieckim (notabene dawnych sojusznikach) czy francuskim.
Nocleg mieliśmy po stronie Pesztu. Wieczorem postanowiliśmy trochę się wyluzować - napełniając gardła i żołądki. Chińska knajpa na rogu odpychała podejrzaną monotonnością skośnych oczu wszystkich klientów.
Po kilku blazach na stopie w końcu dotarliśmy do odpowiedniego lokalu. Głęboka piwnica do której prowadziły strome schodki, zasklepiona łukami przypominała nieco lokale z przygód Wojaka Szwejka. Niestety klimat psuły nieudane próby modernizacji lokalu.
Co gorsza menu i kelnerka miały tyle do czynienia z angielskim co polityk z rozumem. Szybki kurs migowy robi swoje i na stół wjechało piwo – Dreher, czyli po naszemu „Dresiarz”. Piwo było całkiem przyzwoite, dość podobne smakiem do tyskiego produktu warzelniczego – w końcu ten sam właściciel browaru.
Za chwilę na stole pojawiły ogromne pizze, będące placebo lokalnej kuchni. Bariera językowa i zbyt duża szansa na zamówienie jako kolacji klusek z kopytkami zniechęcała przed strzałem w ciemno.
Wracając do hostelu obrabowaliśmy sklep nocny, uzbrajają się po zęby w różnego rodzaju trunki- potem już tylko zostało losowanie kierowców.
Kolejny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzenie Budy. Przepakowaliśmy auta nieco bliżej Dunaju który przekroczyliśmy pieszo mostami. Miasto było bardzo gwarne i ruchliwe, po rzece kursowały wodne taxi oraz statki wycieczkowe. Przekraczając Dunaj byliśmy świadkami driftu jednego ze statków który szykował się do cumowania.
Przy podejściu na wzgórze pałacowe postanowiliśmy zrezygnować z kolejki i polegać na własnych stopach. Było warto, panorama jest wręcz powalająca z wisienką na torcie w postaci budynku parlamentu po Peszteńskiej stronie Dunaju.
Ku naszemu nieszczęściu był poniedziałek i muzeum było zamknięte. Po zwiedzeniu starego rynku i powrocie do aut czekała nas niespodzianka na kole.
Ciamkaczkie mendy ze straży miejskiej obdarowały nas przywilejem wzbogacenia budżetu miasta na łączną kwotę 30 tyś forintów ( koło 500 PLN).
Powodem było nieopłacenie parkingu (parkometrów ani nakazów zapłaty nie było nigdzie), oraz i tu uwaga: zaparkowaniem „pod prąd” na dwukierunkowej ulicy.
Chamstwo i bzdura pierwsza klasa, ale czego się nie robi by zniechęcać turystów. Szczęściem w nieszczęściu byli przechodnie którzy szybko zorganizowali tłumaczy i mieli gotowe plany ratunku. Pierwszy zakładał spuszczenie powietrza z koła i zjechanie z blokady oraz wyrzucenie mandatów.
Drugi -po naszym nacisku- polegał na zapłaceniu skurczybykom. Pomocny okazał się kurier który perfekcyjnie znał angielski, stąd też sprawę udało się załatwić w miarę szybko – jedyne dwie godziny.
Zanim wpłaciłem grzywnę kumpel pieniędzmi ostentacyjnie przejechał sobie po tyłku, jednak „miejscy” w imię maksymy „pieniądze nie śmierdzą” - łapczywie zagarnęli wymaganą sumę. Tym razem pieniądze śmierdziały faktycznie- zgadnijcie który to był kumpel.
W ramach zemsty postanowiliśmy już nie udać ani forinta na Węgrzech, późnym nocą opuściliśmy kraj-przelotówkę i wjechaliśmy do Rumunii.
Rumunia:
Przejścia Węgiersko-Rumuńskie pomimo przynależności obu krajów do strefy „szengen”, nadal funkcjonują. Fakt, że kontrola kończy się na okazaniu dowodów i zgodnej do nich liczby twarzy, jednak jest czymś „niewyobrażalnym” przy straszących ruinach pozostałych przejść.
Zmęczenie daje się we znaki, szukamy noclegu jeszcze przed Aradem- takowego nie ma, bądź ceny zaporowe.
W jednym z hoteli szczycącym się trzema gwiazdkami- strasznie obskurny tak swoją drogą, kobieta krzyczy sobie 140 lei za osobę (przy naszym kursie 140PLN). Słyszeliśmy, że noclegi na Rumunii są drogie ale to przeszło nasze pojęcie.
Zapada decyzja- nocleg w Aradzie w punkcie z listy noclegowej.
Hostel jak z amerykańskiego filmu, z zabudowanym balkonem na piętrze. Stróż ni w ząb po jakiemukolwiek poza rumuńskim, wyciąga telefon i dzwoni. W słuchawce odzywa się koleś po angielsku. Tłumaczymy mu nasze wymagania, ona podaje cenę – 10 euro za osobę. Jak do tej pory był to standard cenowy. Obniżamy cenę do 8 euro, zgoda. Pełni podejrzeń idziemy sprawdzić pokoje. Dostaliśmy trzy pokoje dwuosobowe, wraz z porządną łazienką, lodówką i telewizorem z kablówką.
Pokoje odstrzelone na błysk. Wracam wraz ze stróżem spisać dane osobowe i zapłacić. Gość trochę się męczył z rozszyfrowaniem zawartości dokumentów, toteż nie wyprowadzałem, go z błędu gdy wpisując miejsce urodzenia zanotował -„oczy niebieskie”. W holu działała lodówka z napojami – o dziwo ceny praktycznie nie różniły się od sklepowych.
Rano zorientowaliśmy się, że o godzinę przekroczyliśmy dobę hotelową przez zmianę strefy czasowej na wschodnioeuropejską- jako ostatni wygrzebywaliśmy się z pokoi. Mimo tego nikt nie robił nam problemów, czy wyrzutów. Sam szef, z którym rozmawialiśmy poprzedniej nocy, nim nas ganić, doradzał co obejrzeć w mieście.
Arad:
Dobrze pamiętając lekcje z Budapesztu rzuciliśmy się po mieście szukać parkomatu. Na szczęście było ich sporo, gorzej, że były na drobne i na niezidentyfikowane karty- bynajmniej nie bankomatowe. Podzieliliśmy się na dwie grupy: pilnujących aut i szukających kantorów. W okolicach Aradu i pozostałych miast naprawdę ciężko znaleźć z kantor polską walutą, nie mówiąc o porządnym kursie.
Ani drobnych ani złotówek nie udało się zorganizować- kto mógł ten wyjął trochę lei przez bankomat.
Dopiero po obejściu fortu garnizonowego i miasta, wraz z spożytym obiadem w lokalu - gdzie kelner wyglądem i akcentem przypominał hrabiego Draculę ze starych filmów, przypadkiem trafiliśmy na kantor, gdzie złotówki szły bardzo dobrym kursem. Przy poziomie cen jak w Polsce zyskiwaliśmy dwa grosze na złotówce. Nie chcąc nadwyrężać szczęścia w Aradzie szybko wróciliśmy do aut pozostawionych przy samym sobie. Oczywiście opłat parkingowych nie uiściliśmy.
Deva:
Deva jest małym miastem, z małym rynkiem, otoczonym blokami i domkami wielorodzinnymi. Nad miastem niepodzielnie górują ruiny zamku, którego nikt nie zdobył poza upływającym czasem. Zamek wznosi się na ogromnym wulkanicznym ostańcu, przyozdobionym na hollywoodzką modłę białymi literami tworzącymi nazwę miasta. Na górę dostaliśmy się przy pomocy kolejki licząc na zwiedzenie zamku i niesamowite widoki. Widoki nas nie zawiodły, czego nie można powiedzieć o zamku.
Dostanie się do środka ruin jest niemożliwe, ze względu na groźbę zawalenia się całości. Jak się dowiedziałem jeszcze kilka lat temu wewnątrz działał bar. Mury można próbować obejść dookoła, jednak w połowie trasy zrezygnowaliśmy. Błotnista ścieżka na skraju stromej kilkuset metrowej skarpy nie jest warta ryzyka- gdyż prowadzi donikąd.
Devę potraktowaliśmy jako bazę wypadową, szczególnie, że znaleźliśmy prześwietną kwaterę u pani Aurelii.
Królestwo pani Aurelii:
Trafiliśmy do niej dzięki ludzkiej życzliwości, gdyż nasz pewniak noclegowy niestety okazał się w likwidacji. U pani Aurelii pomimo bariery językowej udało nam się solidnie opuścić cenę i „wstępnie” zrezygnować ze śniadania. Co ją strasznie zasmuciło i było afrontem z naszej strony.
Dlatego gdy tylko pojawiła się jej wnuczka – Mara, która znała angielski postanowiliśmy wszystko odkręcić. Do dyspozycji dostaliśmy całe piętro wraz z łazienką, lodówką i tarasem widokowym na szczyt Devy.
Poza nami ulokowani byli inni goście w pozostałych budynkach tworzących domowy kompleks. Wzdłuż wszystkiego rozciągał się ogród pełen różnych zakamarków, zapewniający wszystkim kąt dla siebie.
W centrum kompleksu znajdowała się jadłodajnia, bądź bistro w którym nawet po 10 dało się otrzymać solidne śniadanie. Wstając późno byliśmy jedynymi „klientami”, stąd też staliśmy się główną atrakcją naszej gospodyni. Pomiędzy kolejnymi dokładkami i dolewkami i tak sporych porcji zawsze nas zagadywała, przy okazji douczając rumuńskiego. Kryzys następował gdy już wszyscy mieli dość, a i od stołu wstać było ciężko, a pani Aurelia akurat donosiła kolejna porcję tostów.
Solidne śniadania sprawiały, że głód odzywał się dopiero wieczorem, gdy przychodził czas na Ciorbę.
Kuchnia po rumuńsku:
Tłuste, gęste zupy mocno zaciągane śmietaną noszą dźwięczną nazwę: Ciorba. Są dosyć podobne do dobrze nam znanych zup jarzynowych. W niektórych lokalach próbowali nas nastraszyć jedną z odmian – Ciorba de Burta, gdzie „burta” oznacza tyle co żołądek. Jako amator flaków pozostawałem niewzruszony i z apetytem konsumowałem kolejne talerze.
Jako, że już temat kulinarny został poruszony to trzeba go przeprowadzić do końca. Pierwsza sprawa to wszechobecny chleb.
Jest serwowany do wszystkiego, nawet zamawiając schabowego z frytkami nie unikniemy koszyka pieczywa – oczywiście nie jest gratis, na szczęście jego cena nie przekracza jednego leja za osobę. Za to „Pine” jest bardzo smaczny i potrafi „dopchać” największego głodomora. Służy za bezpiecznik nie pozwalający klientowi odejść od stołu głodnym – jak by już same porcje tego nie zapewniały, a są duże!
W parze z chlebem często występuje śmietana, nie tylko serwowana do zup. Czasami dodają do niej słodkie i pikantne papryczki w celu zabicia głodu, bądź przyzwyczajenia żołądka do pikanterii później serwowanego dania.
Godne skosztowania są przeróżne sałatki, oczywiście tylko te które są przeznaczone jako główne danie, pozostałe to żaden szał. Zamawiając sałatkę pomidorową – będąca dodatkiem do głównego dania- otrzymałem nic innego, jak zwyczajnie pokrojonego pomidora na talerzu.
Wychowani na kartoflanej diecie mogą się nieco zawieść. O ile ziemniaki poddawane smażeniu i pieczeniu Rumuni przyrządzają znakomicie, o tyle gotowanie ich czy przygotowanie pure jest barierą nie do pokonania. Gotowane ziemniaki często są twarde w środku, pure potrafi być wodniste i bez soli, co niestety rodzi spory kontrast wobec świetnie przyprawionego mięsa. Dlatego by oszczędzić sobie rozczarowań prośmy zawsze, nawet w najlepszych restauracjach, frytki do obiadu.
Alleluja, w końcu coś o cygarach! :
Skoro już wszyscy zjedli, a wręcz się przejedli, czas by coś zapalić. Późny wieczór już właściwie noc, knajpki w Devie tętnią życiem mimo iż do weekendu jeszcze daleko. Pomimo sporego zainteresowania lokalami udaje nam się znaleźć odpowiednio duży stolik w ogródku piwnym. Udaje się to dzięki trwającym mistrzostwom. Stolik był zbyt daleko od wystawionej plazmy by zadowolić jakiegokolwiek kibica.
Tego wieczora szczęśliwą podróż postanowiliśmy uczcić cygarami produkowanymi przez familie cygarową Oliva.
Stosunkowo młoda firma – piętnaście lat na rynku cygarowym- za to bardzo postępowa i z pomysłem na przyszłość. Tworzą porządne i świetne cygara z nikaraguańskiego tytoniu, udowadniając, że nie samą „Kubą” człowiek żyje.
Oliva w zeszłym roku wypuściła na rynek trzynaście milionów cygar, z czego najlepiej ocenionym przez magazyn Cigar Aficionado został baton: Oliva Serie V Belicoso zajmując piąte miejsce z wynikiem 93 punktów na koncie.
Zresztą panowie Oliva przez ostatnie pięć lat co roku plasowali się w „top 25” CA. Cygara powstają w dwóch miejscach, główny zakład mieści się w Esteli (Nikaragua) produkując dziennie 50 tys. cygar, kolejny mniejszy ulokowany jest w Danli w Hondurasie wypuszczający dziennie jedyne 20 tys. tytoniowych smakołyków.
Cała produkcja opiera się na liściach własnego tytoniu będącego „habano seed-em”, jedynym zewnętrznym składnikiem jest liść wrapper'a (connecticut seed) pochodzący z Ekwadoru.
O tytoniowej historii rodziny pisać nie zamierzam, gdyż porywająca nie jest. Typowo znajdziemy informację o „dziadku” z XIXw. zatrudnionym na plantacji, przeprowadzce, itp.
Z braku humidora podróżnego byłem zmuszony improwizować z transportem cygar. Na wszelki wypadek postanowiłem nie brać rarytasów. Tak więc czempioni Olivii pozostali na swoich miejscach kusząc mnie za każdym razem gdy odwiedzam humidor. Za to zwerbowałem kilka „Oliwek” serii G w formacie churchill i jedno figurado. Cygara te znam, lubię i doceniam. Wiem czego się można po nich spodziewać i wiem, że mnie nie zawiodą. A ich potencjalna strata nie była by straszliwie dotkliwa (choć w sumie każda strata cygara jest dotkliwa [no chyba, że było totalną porażka{no ale takich to się nie kupuje albo od razu do śmieci}]).
Cygara umilały nam noc, częstując swym cedrowo-drzewnym aromatem z domieszką piernika. Czasami dało się wyczuć aromat ziół lub przypraw, który gdzieś tam się chował i pojawiał między kolejnymi puffami. Oj długo gaworzyliśmy otoczeni białą mgłą. Po skosztowaniu wszelakich lokalnych piw serwowanych w lokalu i kolejnej „serii weryfikującej” jakość napitków- postanowiliśmy wrócić na kwaterę.
Devę otaczają pozostałości po Dackich twierdzach. Kim byli Dakowie i co robili z rzymianami możecie sobie sami doczytać. Fakt jest taki, że pozostawili po sobie trochę śmieci – które można obejrzeć w muzeum historii w Bukareszcie. Jednak jeśli komuś wpadnie do głowy zwiedzenie ich siedzib, a nie jest fanatykiem historii, to mu ten pomysł zaraz z głowy wybije.
Po pierwsze nazw celowo nie podam, po drugie zdjęcia zamieszczone w internecie kłamią i po trzecie dojazd bez auta terenowego połączony z fatalną drogą i złym oznakowaniem tworzy turystyczne piekło (a i w terenówce niemiłosiernie rzucało).
1.)Jeśli już musisz tam pojechać, wybierz ich główną siedzibę, tam jest cokolwiek więcej poza łąką i kilkoma kamieniami. Teren nie jest absolutnie przygotowany pod turystów.
2.)Nie nastawiaj się na zastanie czegoś wybitnego, co lepsze zabrano do muzeum, reszta to betonowe rekonstrukcje- w dodatku kiepskie. A zabytki konserwator ratuje krwistym od rdzy dachem z blachy falistej, która notabene już zdążyła pokolorować wszystkie „eksponaty” na ten kolor.
3.)Dojazd do ich głównej siedziby to po 70 km od Devy, odcinek specjalny po drodze składającej się tylko i wyłącznie z dziur, jedyne 20km. Uszkodzone mosty i podjazdy powyżej 30 stopni nachylenia to nic niespotykanego, szczególnie, że owe podjazdy bywają błotniste oraz ograniczone z jednej strony kilkudziesięciu metrową przepaścią.
Pokonanie tej trasy jest lepszym testem dla auta niż wizyta na stacji kontroli pojazdów. Jeden taki wypad i już wiemy czy nasz: serwisant, mechanik, czy „wujek” Stefan z garażu, zna się na robocie. Jak się okazało kolega w złe ręce powierzał swój samochód i mieliśmy dodatkowy postój gratis.
-Ja wiem, ty jesteś kozak i na nogach tam zajdziesz!
W sumie nie będziesz szedł sam, może wataha zdziczałych psów nie jest dobrym towarzystwem do rozmowy, ale zapewni Ci zajęcie i niemałe atrakcje. Lepsze to niż omijanie świni o rozmiarach byka i masie poloneza.
-Czy już wspominałem o cygańskich wioskach po drodze?
Sibiu:
My mamy Kraków i Wrocław, Rumunii mają Sibiu i Cluj-Napoka (kluż-napoka). Sibiu trochę oberwało w czasie II WŚ. Koszta za reparacje ponieśli Niemcy i to nie małe bo miasto obecnie ślicznie się prezentuje. Stare miasto ulokowane jest na dosyć sporej górce, leniwie zlewając się w stronę rzeki.
Im bliżej rzeki tym współcześniejsze budownictwo i coraz bledszy klimat. W tej części Rumunii było bardzo silne osadnictwo niemieckie, już od czasów Habsburgów- a może i wcześniej.
Poza kamienicami miasto jest bogate w: kilkanaście muzeów, świątynie prawosławne i protestanckie, dziesiątki lokali oraz stare mury miejskie w dobrym stanie. Rynek dzieli się na dwie części Piata Mare i Piata Mica – czyli na duży i mały. Nocleg w hostelu na samym rynku to koszt 40 lei. Ciężko znaleźć miejsce parkingowe, przyjechaliśmy pod wieczór i wszyscy już wrócili do swoich domów zajmując większość miejsc.
Na szczęście koło barokowego kościoła udaje się znaleźć dwa wolne miejsca. I standardowo pojawia się kolejny problem- opłata za parking. Parkomatów brak, a parkingowi już dawno sączą browar przed telewizorem. Postój od 18 – 6 jest za darmo, ale nikt nie będzie wstawał o tak drakońskiej godzinie, szczególnie, że planowaliśmy nocny wypad na miasto.
Szturm na punkt informacji przyniósł rezultat, bardzo uprzejma dziewczyna za darmo wręczyła nam po 24 godzinnym kuponie parkingowym. Czego to nie załatwi uśmiech na twarzy połączony z „Dzień dobry!”.
Zresztą jeśli chcesz się targować w Rumunii, musisz zacząć od „Dzień dobry!”. Potem ustalić język pogawędki i jeszcze raz przypomnieć, „że my z Polski”. Z młodszym pokoleniem Rumunów pomaga stwierdzenie typu: „Ale Niemców tu dziś na noc nie macie?”. Wobec starszych lepiej tego zwrotu nie używać – pamiętacie, że pisałem o tym osadnictwie, prawda?
Za to zjednać sobie seniorów można łatwo, szczególnie na wsiach i małych miasteczkach hasłem: „Ruskie draco”. Rumunii pamiętający dobrze komunizm, mają ogromną alergię na wszystko co czerwone. A „Ruskie Diabły”jest dobrym określeniem tego, czego się dwie dekady temu pozbyli.
W Sibiu warto wykupić karnet na wszystkie muzea, wychodzi znacznie taniej niż nazwijmy to detal. Każdy znajdzie coś dla siebie, nawet farmaceuta.
Dla imprezowiczów też się coś ciekawego znajdzie w atrakcyjnych cenach. Za „pięćdziesiątkę” zwykłej tequili płacimy 3pln, piwo kosztuje w porywach do 5pln, martini do 6pln (martini dostajemy osobno i sprite osobno, już w cenie), za 50cl czystej płacimy od 2 do 6pln.
O kluby warto się wypytać w punkcie informacyjnym, bo są przemyślnie poukrywane. Ponoć jeden z lepszych jest gdzieś na obrzeżach miasta, lecz tam nie trafiliśmy.
Gdy już wszystko zostało zobaczone, wypite i zjedzone ruszyliśmy w dalszą podróż.
Brasov:
Wąska dolina między wysokimi i stromymi łańcuchami górskimi, zielono porośniętymi drzewami. Na dnie doliny wciśnięte jezioro domków i kamienic. Na szczycie najwyższego z wzniesień stacja meteorologiczna z sąsiadującym kolejnym hollywoodzkim napisem: BRASOV.
Braszów przywitał nas festynem folkowym odbywającym się na rynku, oraz ekspozycją poświęconą Solidarności. To miasto tak jak Sibiu ma swój urok, zresztą urok w Rumunii ma każde miasto którego nie „poprawiał” Czauczesko. W mieście zatrzymaliśmy się na dwa dni, nieco uszczuplając zapasy kuchni i piwniczkę z winem lokalu nad którym mieszkaliśmy.
Wo do lokali Rumunom trzeba przyznać rację, potrafią dokonać niemożliwego. Otóż zagłębiając się bardziej w ich ojczyznę standard cały czas się podnosił a cena spadała. Nikt się nie bawił w ukryte koszta (no poza wspomnianym chlebem i śmietaną), ani nie stwarzał specjalnych problemów- co mnie znów powitało z powrotem w Polsce.
Braszów jest dobrą bazą wypadową za Karpaty jak i do zwiedzenia Transylwanii. Po nauczce wyniesionych z ruin dackich postanowiliśmy zwiedzić „Jedyny Oryginalny” zamek Władka Palownika.
Jedynych Oryginalnych zamków Vlada Tepes'a jest oczywiście więcej, w końcu komercja nie zna takiego pojęcia jak „dość”. Tym samym wystarcza domysł, iż ów Władek mógł zawitać do danego zamku by rozkwitnął biznes a turyści się zjeżdżali. Ten prawdziwy i jedyny oryginalny zamek, w którym owiany złą sławą władca urzędował, leży wysoko w górach w pobliżu trasy Transfogarskiej i jest ruiną.
Dlaczego wybraliśmy zamek przystosowany pod wycieczkę niemieckich emerytów?
-Ano już byliśmy zmęczeni oglądaniem gołych i pustych w środku zamków. Rumuni są mistrzami „szpachli historycznej”. Nawet na największej ruinie o ile jeszcze ma jakieś mury, montują prowizoryczny dach, tak by z daleka i na zdjęciach imitował dobry stan obiektu- wewnątrz oczywiście nędza.
Szkoda, że u nas chociaż tych dachów nie stawiają.
Wracając do zamku, prezentował on stan idealny, w końcu turysta ma się poczuć jak książę, a turystka jak księżniczka. Eksponaty może nie autentyczne ale jako całość odtwarzały klimat epoki. Sam zamek jest prawdziwym labiryntem, pełnym wąskich przejść, krużganków, półpięter, ćwierć pięter, schowków i tarasów. Trzeba samemu zobaczyć.
Trasa Transfogarska:
Priorytetem „narodowym” ostatniego dyktatora, było ujarzmienie Karpat poprzez stworzenie drogi wiodącej przez te strome i niebezpieczne góry. Droga miała mieć znaczenie militarne i pod tym kątem była budowana. Obecnie przemierzając tę trasę sami możemy ocenić jak wielkim przedsięwzięciem było jej stworzenie. Dopiero tony materiałów wybuchowych pozwoliły wyrzeźbić w twardych karpackich skałach nitkę komunikacyjną. Prowadzenie tak niebezpiecznych prac, na tak niesamowicie stromych zboczach kosztowało życie niejednego człowieka.
Już po kilku kilometrach podjazdu zaczynamy się wdrapywać samochodami na płaskowyż, będący główna atrakcją turystyczną. Owy płaskowyż otwieramy lewą ścianą, co jakiś czas przejeżdżając pod wodospadami. Po kilku minutach już jesteśmy w jego centrum. Czas na dłuższy postój. Daleko w dole widzimy równiny transylwańskich pól. Przełęcz przecina wartki górski strumień.
Górale z hal sprowadzają owce w asyście psów pasterskich. Cała ta mozaika widoków zapiera dech w piersiach niczym piramida Marii Mancini Postre de Banquet e. Zresztą zobaczcie sami. Półmetkiem trasy jest przejazd przez tunel wydrążony na wysokości zbliżonej do naszych polskich Rys. Po drugiej stornie czekają równie malownicze i niesamowite widoki.
Mozolnie zjeżdżaliśmy w dół, starając się hamować wyłącznie przełożeniami biegów, gdyż hamulce mogły by tego nie przeżyć. Po kilkunastu kilometrach wicia się w „dolinie” trafiliśmy na gigantyczną zaporę tworzącą sztuczny zbiornik. Zbiornik był zwyczajnie zalaną przełęczą górską, zakorkowaną między stokami ogromną tamą.
Nad całym kompleksem ponuro górowała nierdzewna statua wiktorii komunistycznego ludu pracującego nad naturą. Jest możliwość rejsu po zalewie. Warto się na chwilę zatrzymać i pozwiedzać ten obiekt, szczególnie, że dalej czeka nas bardzo długa i bardzo wyboista droga.
Zwiedzając Rumunię polecam koniecznie przejechać się tą trasą, szczególnie, że jest ona przejezdna dla każdego auta. Od strony Braszowa u podnóża płaskowyżu znajduje się stacja kolejki linowej i trochę infrastruktury turystycznej, spokojnie można zaparkować i wybrać się kolejką w podróż.
Dalej przed nami zostały: obskurny Bukareszt, trasa bezdrożami na wulkany błotne, cerkwie w okolicach Suczawy, malowniczy kanion gdzie skały zakrywały niebo, Cluj-Napoka i powrót do domu.
Ale o tym kiedy indziej, o ile ta opowieść was nie zabiła nudą.
Mam pytanie, kiedyś usłyszałem u bardziej doświadczonego palacza, że cygaro powinno "otworzyć" się ogniem, tzn. po rozżarzeniu cygara przy pierwszym przyłożeniu go do ust i pociągnięciu z cygara wydobywa się ogień. Czy tak rzeczywiście powinno być? I czy to robi jakąś różnice? Dziękuję za pomoc!
Negatywów smakowych nie musisz się obawiać. Kiedy przy rozpalaniu pojawia się "ognisty puff" na stopce, zazwyczaj oznacza to, że cygaro będzie się bardzo równo i spokojnie paliło.
Zauważyłem, że ten efekt powstaje, gdy długo i powoli ogrzewam stopę cygara - bez "szybkiej interwencji".
Ja tam strzelam, ale kulkami z farbą. Jeśli Cię interesuje Paintball to w Gliwicach dwa razy do roku jest organizowany TPW. Byłem dwa razy i stanowczo polecam, około 150 osób w przeciwnej drużynie to naprawdę nie lada wyzwanie.